Flamenco jest jak blues – Davisa i Evansa szkice z Hiszpanii

Podobno Franciszek Liszt twierdził, że muzyka jest po to, by odbijać rzeczywistość, a dźwięki są jak farby, które – dopóki nie zaczną przedstawiać konkretnych obrazów – same z siebie nic nie znaczą… Muzyka p r o g r a m o w a – bo jej orędownikiem stał się wspomniany pianista – jest ilustracją tego, co widoczne: natury, sztuki, ludzi, zdarzeń… Ona, tak po arystotelesowsku, naśladuje. Chociaż kultura europejska zna ją od zarania, muzyka programowa – jak się przyjęło – osiągnęła swoje apogeum w XIX wieku. Złośliwi – albo ówcześni zwolennicy muzyki a b s o l u t n e j – twierdzili, że miała przyciągnąć na koncerty niewyrobioną mieszczańską publiczność, że miała uprzystępnić im odbiór. Życzliwi – docenili jej wkład w uzyskanie nowych kolorów brzmienia i poszerzenie wiedzy o instrumentacji. Cóż, ktoś w końcu doszedł do wniosku, że każda z czterech pór roku brzmi inaczej…

Ale co mają do tego Miles Davis i Gil Evans?

– Oni namalowali Hiszpanię.

Sketches of Spain – wydane w 1960 roku nakładem Columbia Records – były trzecim, po Miles Ahead oraz Porgy and Bess, albumem kończącym współpracę w latach 50. między Milesem Davisem i kanadyjskim aranżerem – Gilem Evansem. To hiszpański album – wyjaśnił krótko Davis –  Dobrze się do niego przygotowaliśmy. Tu nie ma wiele z improwizacji, jaką znamy dzisiaj. 

źródło: https://www.discogs.com/Miles-Davis-Sketches-Of-Spain/master/48172
źródło: https://www.discogs.com/Miles-Davis-Sketches-Of-Spain/master/48172

W zamyśle jednak Sketches nie miały być takie do końca. Chcieliśmy jedynie przygotować <<Concierto de Aranjuez>> Joaquina Rodrigo. – skomentował Evans – […] Wkrótce jednak zaczęliśmy słuchać też  innej muzyki z tamtego regionu; muzyki granej w hiszpańskich klubach. Wiele się z nich nauczyliśmy, aż wszystko skończyło się hiszpańskim albumem.

Przyjęło się, że ośrodkiem tej płyty jest właśnie aranżacja ponad szesnastominutowej II części (Adagio) Concierto de Aranjuez autorstwa hiszpańskiego kompozytora z XX wieku – Joaquina Rodrigo. Oryginalna wersja, czyli trzy częściowy koncert na gitarę i orkiestrę, należy do narodowego kanonu muzyki instrumentalnej. Inspiracją do jej powstania były ogrody pałacu w tytułowym Aranjuez, ale to w drugiej – tej najsłynniejszej części – odbiła się tragedia życiowa twórcy umieszczona na tle roku powstania kompozycji – osławionego 1939…

Im łagodniej ją zagrasz, tym mocniejsza będzie, im włożysz w nią więcej siły, tym mniej uzyskasz – w ten sposób Miles odniósł się do wiodącej melodii utworu – pełnej żalu, majestatu i zadumy. Evans nie zaprzeczył… Melodia ta jest clou całej płyty – stanowi pomost dla utworów, temat rozmowy dla instrumentów. Brzmi posągowo.

Kiedy więc dostojnym krokiem przechadza się ona alejami ogrodów Aranjuez, wokół zbiera się świta innych dźwiękowych drobiazgów: kastaniety, trąbki, puzony, flety, rożki, oboje, harfa, kontrabas i cała reszta muzycznej czeladzi. Diabeł tkwi w szczegółach – to prawda – i dobrze wiedział o tym Gil Evans. To jego aranżacje stanowią dla mnie o świetności zarówno tej kompozycji, jak i całej płyty. Drżący jest ten dźwięk trąbki, niby domykający całą frazę na prymie. Ale to za nim delikatnie wyłania się półton – tak niepokojący i przenikliwy, jak na flamenco w końcu przystało.

Graliśmy muzykę flamenco, która jest jak blues – tyle że z Hiszpanii. I znowu Miles, krótkim i prostym zdaniem powie więcej niż nie jeden opasły tom. Otóż, powstałe dzięki andaluzyjskim Cyganom flamenco jest muzyką cierpienia i wyzwolenia. Płaczu i nadziei. Flamenco jest więc jak blues – tyle że czerwone. Ogień też jest w środku niebieski…

Znów portamento, mikrotonalne oscylowanie między dźwiękami, zacięcie frygijskiej skali. Patos zmienia się w figlarność, jak forte zmienia się w piano. Tak naprawdę w tych utworach podoba mi się wszystko to, co pomiędzy. Jarmarczne dźwięki grane tutti urywają się na jednym, osamotnionym tonie Milesa. Powolne, lamentacyjne brzmienie blachy przechodzi w zawadiackie rytmizowanie niczym z biało-czarnego kryminału. Kto inny przed Evansem połączył mocne i równe brzmienie hiszpańskiej tradycji z lekkim i swingującym american dream?

Co było najtrudniejsze dla mnie w <Sketches od Spain>, to zagranie na trąbce partii, wcześniej przeznaczonych do śpiewu, zwłaszcza gdy byłem ad libitum – czyli przez większość czasu – komentował Miles.

Zdarzyło się tak zarówno  w Canción del fuego fatuo Manuela de Falli (pt. Will o’ The Wisp – na płycie), jak i The Maids of Cadiz Leo Delibesa (utworu pochodzącego co prawda z Miles Ahead, ale dołączonego do reedycji). Efekt? Cóż…

Jeśli miałabym napisać za najbardziej podziwiam Milesa, to byłoby to jego wyczucie frazy. Już samo wyobrażenie partii, wcześniej śpiewanej żarliwym kobiecym głosem, w chłodnym tonie trąbki Davisa daje wrażenie czegoś a rebour, egzaltacji na opak. Co do początkowych dźwięków The Maids of Cadiz – zupełnie przeciwnie do oryginału – Davis gra je wolno, spokojnie i tęskno. Druga Winda na szafot, ale po co takie porównania… Jest to jedna z piękniejszych melodii, jedna z najprostszych.

Tekst: Martyna Milewska


Tags: , , , , , , ,

Fatal error: Uncaught Exception: 190: Error validating application. Application has been deleted. (190) thrown in /var/www/vhosts/hirek.pl/subdomains/beta/httpdocs/wp-content/plugins/seo-facebook-comments/facebook/base_facebook.php on line 1273